captaincook.pl - wyniki branż Białogard - Fotografia

W szybki sposób dodaj swoją firme i pozyskaj nowych klientów.

Tagi:

szkoły oferta produkcją odzież dystrybucją usługi grafiki oryginalne porady druku wszystkim kabaret fotografia zabezpieczeń ogrodów terenie serwisie remonty stoły oferujący zestawy kosmetycznych zawierający Sylwetki zakres internetowej wizualizacji pracy informatyczne oferty pełną telefony kosmetyki budynków filmów reklamowych lokali Lego poświęcone inne wykonującego profesjonalnego projektowanie oferuje Polska zajmującej produktów zabawki online septik žumpa na tej stronie stwórz darmowe forum za darmo najlepsze i profesjonalne usługi pogrzebpwe warszawa doswiadczenie i praktyka na rynku ozdobne niskie wąskie małe choinki sklep internetowy sztuczne choinki świąteczne

  • - Chciałbym, ale to długa podróż. Nie wiem, kiedy przylecą wędrowne ptaki... - Mały Książę był zaskoczony
  • zadzwonić do szeryfa. - Możesz od niego odskoczyć, ale trzymaj go w zasięgu wzroku. Podam Rudemu nasze położenie. Może uda nam się zająć Watkinsa aż do przybycia szeryfa. Gdy tylko skończył mówić te słowa, motocykl uderzył w tylny zderzak porsche. Chris zaklął siarczyście. Przyspieszył, a potem wrzasnął. - Trzymaj się! W tej samej chwili nadepnął na hamulec. Beck nie miał czasu, żeby się zorientować w sytuacji. Poczuł, jak pas bezpieczeństwa wbija mu się boleśnie w pierś. Zapobiegając katastrofie, w której Chris i Beck prawdopodobnie zostaliby przyduszeni przez przelatujący nad wozem motocykl, Watkinsowi udało się skręcić przednie koło maszyny pod ostrym kątem w lewo. Oderwał przy tym tylny zderzak wozu. Potem motocykl przewrócił się i zaczął ześlizgiwać na pobocze, więżąc pod sobą lewą nogę Klapsa. Watkinsowi udało się wreszcie wyswobodzić. Dźwignął się na nogi i zaczął biec w kierunku Chrisa i Becka, na przemian utykał i podskakiwał na jednej nodze, wygrażając pięścią i wykrzykując przekleństwa. Gdy Chris zatrzymał gwałtownie samochód, telefon wypadł Beckowi z ręki. Teraz, odpiąwszy pasy, zaczął szukać komórki na ziemi. - Zadzwoń do Rudego. Ja się zajmę Watkinsem. Zanim Beck miał szansę zaprotestować, Chris wyskoczył z wozu i od razu przystąpił do ataku. - Chyba bardzo chcesz ze mną porozmawiać. Klaps. - Wiesz, czego naprawdę chcę. - Jak się domyślam, upuścić nieco więcej krwi Hoyle'ów. Klaps rzucił spojrzenie Beckowi, który właśnie znalazł komórkę na podłodze. - Rzuć to, Merchant! - zawołał. - Nie, dopóki się nie cofniesz i nie uspokoisz. Nagle niepewny i zdenerwowany, Klaps oblizał usta i znów spojrzał na Chrisa. - Krew mojego brata ci nie wystarcza? - spytał ten. - Czy to dlatego poszukuje mnie szeryf? - Chyba że zabiłeś jeszcze kogoś. Klaps uczynił krok ku Chrisowi. - Ty cholerny... - to wszystko, co zdołał powiedzieć, zanim Chris zgiął się wpół i uderzył bykiem Watkinsa w brzuch, przewracając go do tyłu. Klaps zareagował zgodnie z odruchem kogoś nawykłego do bójek. Beck szybko wybrał numer 911 i rzucił telefon na siedzenie, wiedząc, że centrala automatycznie wyśledzi jego położenie. Otworzył drzwi od strony pasażera, ale nie zauważył, że samochód zatrzymał się na krawędzi drogi. Nie spodziewał się rowu wykopanego na poboczu. Trafił nogą w pustkę i ześlizgnął się z nasypu prosto do wody. Zanim się pozbierał, wstał i wdrapał z powrotem na drogę, Chris i Klaps stali naprzeciwko siebie na białym pasie wyznaczającym środek szosy, znieruchomiali w scenie, która aż trzeszczała od napięcia. Chris przyciskał do boku jedno ramię. Spomiędzy palców sączyła się krew. Klaps spoglądał na nóż w swojej dłoni, mrugając nań bezmyślnie. Z ostrza kapała krew, opadając na rozgrzany asfalt. Podniósłszy głowę, spojrzał na Chrisa z wyrazem absolutnego niedowierzania na twarzy, po czym odwrócił się na pięcie i pobiegł w kierunku motocykla. Chris ruszył za nim chwiejnym krokiem. - Zostaw go. - Beck chwycił Chrisa za koszulę i przytrzymał na miejscu. - I tak go dopadną. Pod Chrisem ugięły się kolana i opadł na ziemię. Klaps podniósł motocykl, wskoczył na niego i
  • propozycją, ale pomysł Róży bardzo mu się spodobał.
  • Tym razem nie zamierzała pozwolić, by jego bliskość wy¬trąciła ją z równowagi. Spokojnie spojrzała mu prosto w oczy.
  • - Najczęściej mówi do mnie "moja piękna" - ciepło odpowiedziała Róża za Małego Księcia. - A ja tak właśnie się
  • Tammy zaczęła masować bolące nadgarstki. Naprawdę trzymał ją bardzo mocno.
  • Ochmistrzyni przenosiła zdumiony wzrok z Tammy na księcia.
  • Podniósł się również.
  • - Nic nie rozumiem.
  • - Osoba nie z naszej sfery. - Ingrid obdarowała go naj¬piękniejszym ze swoich uśmiechów. - W końcu ściągnąłeś ją z drzewa w jakiejś australijskiej głuszy, o ile mnie pa-mięć nie myli. - Zaśmiała się perliście. - Kochanie, będzie¬ my mieli szczęście, jeśli ona w ogóle potrafi posługiwać się nożem i widelcem.
  • - Mark, a cóż ty robisz boso na dworze?!
  • - Nie bezpośrednio. Nie byli sobie aż tak bliscy. - Mieszkali w tym samym domu. - To prawda, mieli ten sam adres zamieszkania, ale rzadko spędzali razem czas. Gdy zaś do tego przychodziło, zazwyczaj towarzyszyli im wtedy Huff i Beck Merchant. Widywali się oczywiście w pracy, ale zajmowali się czym innym i komunikowali się bezpośrednio z Huffem, a nie ze sobą. Nie przebywali w tych samych kręgach towarzyskich, zwłaszcza od czasu, gdy Danny zaangażował się w sprawy duchowe. - Jessica przerwała. - Wydaje mi się, że z tym właśnie wiązał się problem Danny'ego. Zmagał się z jakimś konfliktem moralnym. - Jakim? - Sama chciałabym wiedzieć, zwłaszcza jeżeli przez to umarł. Bolała mnie jego rozterka i prosiłam niejednokrotnie, żeby porozmawiał o tym, co go dręczy, ze mną, z pastorem lub z kimś, komu ufał. Danny odmówił. Powiedział tylko, że nie może stać się chrześcijaninem, jakim powinien być lub jakim powinien się stać zdaniem innych. - Miał wyrzuty sumienia? Jessica pokiwała głową. - Powiedziałam mu, że nie ma takiego grzechu lub zaniedbania, którego Bóg by nam nie wybaczył. Danny obrócił to w żart. Powiedział, że najwyraźniej Bóg nie spotkał jeszcze Hoyle'ów. - Uważasz zatem, że Danny nigdy nie uporał się ze swoim problemem? Sayre miała płonną nadzieję, że po tym, jak odmówiła rozmowy z bratem, brat znalazł jakąś życzliwą duszę, kogoś, kto go wysłuchał i pocieszył. Jessica jednak pokręciła powoli głową. - Nie sądzę, że to zrobił i boli mnie myśl, że umarł, nie zaznawszy spokoju w sercu. - Może w końcu odnalazł spokój - rzekła Sayre, znów na przekór wszystkiemu pragnąc, aby jej słowa stały się prawdą. Jessica spojrzała na nią i obdarzyła ją łagodnym uśmiechem. - Dziękuję, że to powiedziałaś, ale nie sądzę, by Danny odzyskał spokój. Im więcej rozmawialiśmy o małżeństwie i przyszłości, tym bardziej uginał kark pod ciężarem swojej tajemnicy. To tylko podejrzenia, ale... - Proszę, powiedz mi. - Nieustannie martwił się warunkami pracy w odlewni. Nie był dumny z reputacji fabryki, z łamania przepisów OSHA i tym podobne, ale mimo to zatrudniał tam nowych ludzi. Wiedział, że ich praca niesie z sobą ogromne niebezpieczeństwo, zwłaszcza przy tak minimalnym prze-szkoleniu, jakie przeszli. Może nie potrafił z tym już dłużej żyć. Do drzwi zapukała kobieta z recepcji. Przeprosiła za przerwanie rozmowy i powiadomiła Jessicę, że przybyła grupa przedszkolna na wysłuchanie kolejnej bajki. - Dwadzieścioro aniołków dopytuje się o ciocię Jessicę - rzekła. - Nie wiem, jak długo zdołamy ich jeszcze utrzymać w ryzach. Kiedy wychodziły z magazynu, Sayre poprosiła Jessicę o przysługę. - Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby odkryć, co przydarzyło się Danny'emu. Czego potrzebujesz? - Informacji. Czy znasz kogoś, kto pracuje w sądzie? Nastroje w hali fabrycznej były pogrzebowe, przytłaczające, mroczne i depresyjne, jak samo pomieszczenie. Beck zauważył to od razu, gdy zszedł na dół i ruszył w stronę feralnego podajnika, który zeszłej nocy stał się przyczyną tragicznego wypadku. Wszyscy pracowali, ale bez widocznego entuzjazmu i w całkowitej ciszy. Nikt nie patrzył mu w oczy, ale Beck czuł ich
  • - Skąd wiedziałeś, że właśnie tego mu teraz potrzeba?
  • Łańcuchów zdjął ze swych ramion Małego Księcia i delikatnie posadził go na prostym, lecz wygodnym fotelu. Sam

uboższe i nijakie. - Teoretycznie tak, ale nie widzę potrzeby...

Strona główna

Wyszukaj stronę

Dodaj stronę

Lista miast dla województwa - zachodniopomorskie > Białogard > Fotografia

Zapadła głucha cisza, przerywana jedynie skrzypieniem koła taczki, którą nieopodal pchał pomocnik ogrodnika.

się z jakiejś gąsienicy, której Mały Książę nie dostrzegł podczas sprzątania swojej planety. Tylko machnęła ręką. Schylił się i posadził Henry'ego tuż obok swojej nogi, wiedząc, że ostatnio chłopczyk lubił się bawić w następu¬jący sposób: chwytał nogawkę spodni stryjka, podciągał się do pozycji pionowej, a potem z rozmachem opadał z po¬wrotem na pupę. Tammy po raz pierwszy miała lecieć pierwszą klasą. Miejsca było pod dostatkiem - tak dużo, że aż czuła się nieswojo. Ustawiono nawet składane łóżeczko i rozłożono miękki pled na podłodze, by Henry miał się gdzie bawić. Stewardesy przybiegały na każde skinienie. - W domu pewnie ma pan ze sto takich. ROZDZIAŁ DZIESIĄTY Chwileczkę... Lara miała zwyczaj porzucania ubrań, któ¬re się jej znudziły, a wszystko nudziło się jej błyskawicznie. Wkładała coś raz czy dwa, a potem już tego nie chciała, już miała ochotę kupować coś nowego. Nawet jeśli rzadko bywała na zamku, w garderobie powinno coś zostać... również i z tego powodu, iż bardzo upiększały krajobraz jego planety. Chętnie I często wspólnie z Różą oglądał, jak PROLOG Niektórzy powiadają, że nie mógł wybrać lepszego dnia na samobójstwo. W tamto niedzielne popołudnie odechciewało się żyć i większość żywych stworzeń ledwo dyszała. Powietrze było gęste, lepkie i gorące jak poranna zupa mleczna, wysysało energię życiową z każdej istoty, rośliny czy zwierzęcia. Chmury wyparowały w nieznośnym żarze. Wychodząc na dwór, miało się wrażenie, iż wstępuje się do brzucha wielkiego pieca hutniczego, jak te w odlewni Hoyle'ów. Wielki najedzony aligator wylegiwał się na słońcu w pobliżu zarośli na prywatnym terenie wędkarskim rodziny Hoyle'ów, z powodu kępy cyprysów rosnących pośrodku zalewiska zwanego Bayou Bosquet. W szklistych oczach zwierzęcia odbijał się rozżarzony błękit nieba. Z masztu stojącego opodal domku smętnie zwisała flaga stanu Luizjana. Cykady były zbyt leniwe, aby odgrywać swe zgrzytliwe serenady, chociaż od czasu do czasu któryś z owadów zakłócał rozespaną ciszę dnia kilkoma wydanymi bez przekonania dźwiękami. Ryby schowały się głęboko przy dnie, szukając cienia pod gęstym zielonym dywanem rzęsy. Tkwiły bez ruchu w cienistych, mętnych głębinach, od czasu do czasu wachlując skrzelami. Mokasyn błotny leżał bezwładnie na brzegu rozlewiska, groźny choć nieruchomy. Rozlewisko było siedliskiem ptaków, ale dzisiaj nawet one podsypiały w gniazdach, z wyjątkiem samotnego jastrzębia, który przycupnął na szczycie drzewa, dawno temu spalonego przez piorun. Szczątki giganta były tak ogołocone i zbielałe w słońcu, że wyglądały jak kości. Skrzydlaty myśliwy spojrzał na stojący na brzegu rzeki domek. Może dostrzegł mysz przemykającą pomiędzy palami zabezpieczającymi pomost wędkarski, ale najprawdopodobniej odezwał się w nim zwierzęcy instynkt, ostrzegający przed nadchodzącym niebezpieczeństwem. Huk wystrzału nie był tak głośny, jak można się było spodziewać. Powietrze gęste jak puchowa poduszka chyba zatrzymało i wyciszyło falę dźwiękową. Strzał nie wywołał wrażenia na mieszkańcach rozlewiska. Flaga nadal zwisała smętnie z masztu, spasiony aligator nie mrugnął nawet okiem. Wąż wślizgnął się do wody z cichym pluskiem, bynajmniej nie zaniepokojony, raczej urażony, że ktoś zakłócił jego niedzielną drzemkę. Jastrząb wzbił się w powietrze, bez wysiłku zataczając szerokie kręgi, unoszony gorącymi prądami powietrza. Obserwował teren w poszukiwaniu zdobyczy nieco atrakcyjniejszej niż mała myszka przyczajona pomiędzy drewnianymi żerdziami pomostu. Ani przez chwilę nie pomyślał o martwym człowieku w domku nad brzegiem rzeki. 1 - Pamiętasz Klapsa Watkinsa? - Kogo? - Tego gościa, który awanturował się w barze. - Czy mógłbyś mówić jaśniej? W jakim barze i kiedy? - Wtedy, kiedy pojawiłeś się w naszym mieście. - To było trzy lata temu. - Owszem, ale powinieneś to pamiętać. - Chris Hoyle pochylił się do przodu na krześle, jakby chciał w ten sposób wspomóc zawodną pamięć przyjaciela. - Przypominasz sobie tego krzykacza, który wywołał bójkę? Twarz, na której widok przestają tykać zegary? Ogromne uszy. - Ach, tego gościa. Tak. Tego z... - Beck przyłożył dłonie do skroni, parodiując gigantyczne małżowiny. - Stąd jego przydomek, Klaps - powiedział Chris. Beck uniósł jedną brew. - Gdy tylko zawiał wiatr, jego uszy... - Znalazłem ją. Tamsin Dexter ma dwadzieścia siedem lat, jest niezamężna, bezdzietna, pracuje jako dendrolog w Parku Narodowym Bundanoon, leżącym przy trasie z Sydney do Canberry. Huff wycelował w niego palcem. - Nie chcę, żebyś się starał, tylko żebyś to zrobił. Bądź czujny. Miej oczy i uszy otwarte albo znajdę kogoś innego, kto poda mi nazwiska, których potrzebuję. Fred głośno przełknął ślinę. - Tak, proszę pana. Co mam zrobić z pikietą? Huff zapalił kolejnego papierosa. Zanim odpowiedział, zaciągnął się kilka razy. - Najlepiej, żebyś poszedł na dół ze strzelbą. To szybko załatwiłoby sprawę. - Pójdę ją załadować - wtrącił Chris lakonicznie. Huff roześmiał się i potrząsnął głową. - Nie. Nie będziemy dzisiaj robić nic. Może sami się rozejdą. Zmęczą się, zgłodnieją, pogryzą ich komary, a plecy rozbolą od noszenia transparentów. Może nie będziemy musieli ruszyć palcem, żeby się stąd wynieśli, Dajmy im dzień czy dwa i zobaczymy, jak się wszystko ułoży, jak zareagują nasi pracownicy. Niemniej, Fred, miej swoich ludzi na podorędziu, gotowych do skopania paru tyłków. - Wystarczy jedno słowo, panie Hoyle. Są chętni i gotowi. - Dobrze. Ale pamiętaj, że jeśli dojdzie do rozróby, ma to wyglądać tak, jakby oni zaczęli. Rozlali pierwszą krew, a nasi się tylko bronili. Taka będzie nasza wersja. - Zrozumiałem. Fred wyszedł. - Nie spodziewam się dzisiaj niczego niezwykłego - powiedział Huff do reszty zgromadzonych. - Jutro będziemy pracować jakby nigdy nic. Nie dajcie się sprowokować niczym, co ci podżegacze będą wykrzykiwać w waszym kierunku lub co wypiszą na transparentach. Niezależnie od tego, jak bardzo was to ubodzie, zignorujcie skurwysynów, Tymczasem może Beckowi uda się dokonać jakiegoś postępu w sprawie Nielsona i ten odwoła swoje hieny, zanim stanie się coś naprawdę złego. W porządku? - Wszyscy potaknęli - A teraz wracajcie do domu. - Huff? - George zamarudził w biurze Huffa. - O co chodzi, George? - To, co powiedziałeś o dochodzeniu w sprawie wypadku Paulika... - Powiedziałem tylko to, co chcieli usłyszeć, George. Nie martw się o to. - Tak sobie myślałem - zaproponował Robson, patrząc niepewnie to na Chrisa, to na Huffa - że może powinniśmy wyłączyć ten podajnik, dopóki nie przejdzie remontu kapitalnego. Wtedy nikt nie będzie mógł wytykać nam zaniedbania. - Myślałem, że już to ustaliliśmy? - rzekł Huff, zwracając się do Chrisa. - Owszem. - To prawda - przytaknął George - ale z drugiej strony... - Przestań się tyle nad tym zastanawiać - uciął Huff. - Chris jest kierownikiem działu eksploatacji i on podjął decyzję co do tego podajnika. - Na podstawie twojej rekomendacji, George, pamiętasz? George pokiwał głową, wyraźnie niezadowolony. - Tak. W porządku. - Idź do domu i spróbuj ocalić resztę nocy - powiedział Huff. - Tak jest. Do zobaczenia jutro. - George zwrócił się w kierunku wyjścia. - Przekaż nasze pozdrowienia swojej ślicznej żonie. George zatrzymał się w połowie drogi, spojrzał uważnie na Chrisa, po czym wypadł z biura. Huff spojrzał z ukosa na Chrisa. - Igrasz z ogniem, mówiąc takie rzeczy. - Wątpię, by George wyzwał mnie kiedyś na pojedynek - zaśmiał się Chris. - Jeżeli martwi go - Nic nie usłyszałem - powiedział zakłopotany Mały Książę sądząc, że Róża coś szepnęła, a on tego nie usłyszał. kelnerki, która podeszła, aby zabrać talerze. - Jeżeli Frito za bardzo wam przeszkadza, przyślij go tutaj - dodał. Kelnerka powiedziała, że Frito uciął sobie drzemkę i poszła przygotować napoje. Sayre się cieszyła, że Beck zamówił kawę. Po ciężkostrawnym obiedzie bardzo się przyda. - Poznaliśmy się z Chrisem na Uniwersytecie Stanowym Luizjany kiedy wstąpiłem do tego samego bractwa. Był na roku wyżej. Przyjaźniliśmy się przelotnie, zanim ukończył studia. Nie widzieliśmy się całe wieki, aż do zdarzenia trzy lata temu. - Podziękował kolejnym uśmiechem za kawę, którą przyniosła kelnerka. - To prawdziwa kawa z cykorią - ostrzegł, kiedy Sayre uniosła dymiący kubek do ust. - Wyssałam ją z mlekiem matki i nadal sprowadzam specjalnie dla siebie do San Francisco. - Upiła łyk. - Co takiego zdarzyło się trzy lata temu, że znów się zaprzyjaźniliście? - Sprawa Gene'a Iversona. Co wiesz na ten temat? - Tylko to, co wyczytałam w firmowych biuletynach. - Biuletynach, których nie chcesz, aby ci przysyłano, ale mimo to czytasz? Przyłapał ją, chociaż nigdy by się do tego nie przyznała. Czytała je od deski do deski nie dlatego, że obchodziły ją dobra Chrisa i Huffa, ale dlatego, że przejmowała się ludźmi pracującymi dla jej rodziny i przyszłością miasta. Bez Hoyle Enterprises zawaliłaby się lokalna gospodarka. Setki rodzin zostałyby bez stałych dochodów. Chociaż nie interesował jej zysk z odlewni, czuła moralną odpowiedzialność za mieszkańców miasta i chciała się orientować w sprawach firmy. - Informacje publikowane w biuletynach przechodzą przez cenzurę Huffa i Chrisa, zwłaszcza jeśli prawda mogłaby postawić ich w złym świetle. Innymi słowy, moje źródła informacji o sprawie Iversona były stronnicze i niesolidne. Co możesz mi powiedzieć na jego temat? Pochylił się do przodu i przez chwilę patrzył na nią uważnie. - Twojego brata oskarżono o morderstwo, a mimo to przez cały ten czas nie zadałaś sobie trudu, aby się dowiedzieć o sprawie czegoś więcej. Czy trochę nie za późno na troskę? - Nie jestem zmartwiona, tylko ciekawa. Nie obchodzi mnie Chris ani to, co robi. To samo dotyczy Huffa. Wymazałam ich z mojego życia dziesięć lat temu i jeśli brzmi to zbyt okrutnie i bezwzględnie, to trudno. - A co z Dannym? - Danny - odpowiedziała, czując nagły przypływ smutku na wspomnienie brata. - Przyjmował z pokorą wszystko, co fundowali mu Huff i Chris. Jestem pewna, że był pan świadkiem jego codziennej subordynacji. Danny nigdy się im nie sprzeciwiał. - Ale ty owszem. Dopiero dziesięć lat temu, pomyślała. Kiedy sięgnęła dna i zrozumiała, że aby przetrwać, musi na zawsze opuścić dom i rodzinne miasto. - Miałam szczęście. Zdołałam znaleźć sposób na przeciwstawienie się Huffowi i na odejście. Danny tego nie zrobił. Beck się zawahał, a potem mruknął: - Może udało mu się uciec w inny sposób, - Możliwe. - Ale kiedy wyjeżdżałaś stąd dziesięć lat temu, nie miałaś o nim najlepszej opinii. Uważałaś, że jest beznadziejnym popychadłem. - To prawda. W rzeczywistości wyjeżdżała stąd przepełniona nienawiścią do nich wszystkich. Po kilku latach terapii jej negatywne uczucia w stosunku do Danny'ego nieco złagodniały, niewystarczająco jednak, by porozmawiać z nim przez telefon, gdy jakiś czas temu nagle się do niej odezwał. Drodzy Przyjaciele!


Dodaj kolejny wpis...

Dolnośląskie
Bardo, Bielawa, Bierutów, Bogatynia, Bolesławiec, Bolków, Brzeg Dolny, Bystrzyca Kłodzka, Chocianów, Chojnów
Kujawsko-Pomorskie
Aleksandrów Kujawski, Barcin, Brodnica, Brześć Kujawski, Bydgoszcz, Chełmno, Chełmża, Chodecz, Ciechocinek, Gniewkowo
Lubelskie
Bełżyce, Biała Podlaska, Biłgoraj, Bychawa, Chełm, Dęblin, Frampol, Hrubieszów, Janów Lubelski, Józefów
Lubuskie
Babimost, Bytom Odrzański, Cybinka, Czerwieńsk, Dobiegniew, Drezdenko, Gorzów Wielkopolski, Gozdnica, Gubin, Iłowa
Łódzkie
Aleksandrów Łódzki, Bełchatów, Biała Rawska, Błaszki, Brzeziny, Działoszyn, Głowno, Kamieńsk, Koluszki, Konstantynów Łódzki
Małopolskie
Alwernia, Andrychów, Biecz, Bochnia, Brzesko, Brzeszcze, Bukowno, Chełmek, Chrzanów, Ciężkowice
Mazowieckie
Białobrzegi, Bieżuń, Błonie, Brok, Brwinów, Chorzele, Ciechanów, Drobin, Garwolin, Gostynin
Opolskie
Baborów, Biała, Brzeg, Byczyna, Dobrodzień, Głogówek, Głubczyce, Głuchołazy, Gogolin, Gorzów Śląski
Podkarpackie
Baranów Sandomierski, Błażowa, Brzozów, Cieszanów, Dębica, Dukla, Dynów, Głogów Małopolski, Iwonicz-Zdrój, Jarosław
Podlaskie
Augustów, Białystok, Bielsk Podlaski, Brańsk, Ciechanowiec, Czarna Białostocka, Dąbrowa Białostocka, Drohiczyn, Goniądz, Grajewo
Pomorskie
Brusy, Bytów, Chojnice, Czarna Woda, Czarne, Czersk, Człuchów, Debrzno, Dzierzgoń, Gdańsk
Śląskie
Będzin, Bielsko-Biała, Bieruń, Blachownia, Bytom, Chorzów, Cieszyn, Czechowice-Dziedzice, Czeladź, Czerwionka
Świętokrzyskie
Bodzentyn, Busko Zdrój, Chęciny, Chmielnik, Ćmielów, Działoszyce, Jędrzejów, Kazimierza Wielka, Końskie, Kielce
Warmińsko-Mazurskie
Barczewo, Bartoszyce, Biała Piska, Biskupiec, Bisztynek, Braniewo, Dobre Miasto, Działdowo, Elbląg, Ełk
Wielkopolskie
Bojanowo, Borek Wielkopolski, Chodzież, Czarnków, Czempiń, Czerniejewo, Dąbie, Dobra, Dolsk, Gniezno
Zachodniopomorskie
Barlinek, Barwice, Białogard, Biały Bór, Bobolice, Borne Sulinowo, Cedynia, Chociwel, Chojna, Czaplinek

Copyright © captaincook.pl